Vinaora Nivo SliderVinaora Nivo SliderVinaora Nivo Slider

Eligiusz Grabowski

Fragmenty autobiografii Eligiusza Grabowskiego jednego z najlepszych polskich kolarzy lat 50 XX w.

Oceń artykuł

5.0/5 ocena (1 głosów)
poniedziałek, 12 wrzesień 2011.
Eligiusz Grabowski
Administrator

Czytano

3646
Autobiografia Eligiusza Grabowskiego "Elka"

 

Wszystkie materiały umieszczone na tej stronie są własnością Pana Eligiusza Grabowskiego. Publikacja nastąpiła za zgodą autora.

Część I

Wojna oczami dziecka

Warszawa, wrzesień 1939 roku – pierwszy dzień wojny, idę z mamą do dziadków, rodziców mamy zamieszkałych przy ul. Podskarbińskiej. (z okien mieszkania dziadków po raz pierwszy oglądam boisko z drewnianą trybuną i biegających po nim chłopców z piłką) Idziemy z miejsca naszego zamieszkania (Grochów, ul Stanisławowska) przez mało zabudowaną w tych latach okolicę. Nadleciały samoloty, wojna słyszę podniesiony głos mamy, połóż się na ziemię. Żadna kula nas nie drasnęła.
Dziadek, Jan Kostarzewski (żona, dwie córki Maria i Zdzisława oraz syn Leon), jest majstrem w Zajezdni Tramwajowej przy ul. Kawęczyńskiej w Warszawie.
Dziadkowie Grabowscy,(córka Stefa i dwóch synów, Zdzisław i Jerzy) prowadzą zakład fotograficzny w Otwocku k / Warszawy.
Nie pamiętam powodu naszego przeniesienia się do bliskiego kuzynostwa babci Kostarzewskiej, zamieszkałych z córką Ireną i synem Józefem przy ul. Puławskiej 41 (lewobrzeżna Warszawa) – po upadku Powstania Warszawskiego wywiezionych do obozu Koncentracyjnego w Sztutowie (KL Stutthof). Obóz przeżyła tylko Irena. Powróciła do nas okaleczona, po amputacji odmrożonych palców obu stóp. Rodzice moi zabrali ją ze sobą do Legnicy, gdzie zamieszkuje nadal z dwoma córkami, Zdzisławą i Ewą. Obie są nauczycielkami.
Adres, ul. Puławska nr.41, usytuowana w pobliżu ul. Madalińskiego (mojego miejsca urodzenia), kiedy tylko znajduję się w pobliżu, wracają wspomnienia: Dziadek, każdego ranka idący po zaopatrzenie – najczęściej powracający z pustą torbą; płonąca klatka schodowa – szczęśliwie nikt z mieszkańców nie ucierpiał; widok na ulicę z za uchylonych drzwi wyjściowych z budynku na ulicę Puławską – oczom moim ukazuje się dziwny widok – całą szerokością ulicy dumnie kroczy zwycięska armia niemiecka. (Śpiewają: deutschland, deutschland uber alles). Ten fragment ulica Puławska do dnia dzisiejszego zachowała niezmieniony od tamtych czasów wygląd, środkiem ulicy jeżdżące tramwaje, po poboczach dwie jezdnie z niezniszczonymi przez działania wojenne solidnymi budynkami, mnie przypominająca niezapomniane dawne obrazy, kiedy tylko znajduję się w pobliżu.

Okupacja

Niemcy zajmują Warszawę, my pakujemy dobytek mieszczący się w tobołkach i wyruszamy w kierunku prawobrzeżnej Warszawy (Pragi). Noc spędzamy w sali sportowej przy ul. Rozbrat wypełnionej do granic możliwości ludźmi, wędrującymi w poszukiwaniu miejsca dla siebie. Następnego dnia ruszamy w dalszą drogę. Idąc wiaduktem Mostu Poniatowskiego omijając ogromne wyrwy po bombach, zauważam na dole jakby inne miasto, widzę ulice, budynki, idących ludzi – zadaję sobie w myślach naiwne dziecięce pytanie, jakie to miasto?
Dalej Idąc na wschód zbliżamy się do dużego obszaru łąk położonych w trójkącie Al. Waszyngtona, Parku Paderewskiego i ul. St. Augusta. Poruszamy się dalej przez pobojowisko: połamane wozy, sterczące kopyta końskie, porzucone i zniszczone uzbrojenie.
Dziadkowie Kostarzewscy znajdują możliwość zamieszkania na ul. Międzyborskiej, a ja z rodzicami zamieszkujemy aż na Pl. Szembeka pod nr. 8.
Każdy miniony dzień był dniem niespełnionym, ale także był dniem w swojej treści nasycony lękiem i niepewnością. Tata słucha radia – Bum, bum, bum, bum, tu mówi Londyn! (ocena po latach godna zastanowienia)
Po godzinie policyjnej całe życie dorosłych i dzieci skupiało się na podwórkach. Mężczyżni grają w karty, kobiety w chwilach wolnych, plotkują.
Mój pierwszy kontakt z rowerem nastąpił w 1939 roku. Wróciwszy do domu, zobaczyłem dziecinny rowerek koloru buraczkowo-granatowego, to był prezent od ojca. Taki pojazd to było wtedy marzenie. Kiedy rodzice wychodzili z domu, prosiłem służącą, żeby pomogła mi znieść rowerek z I piętra i opierając się o ścianę powoli nauczyłem się jeździć. Na podwórku starszy chłopak miał rower wyścigowy z drewnianymi obręczami, tak zwaną wówczas „cyngle”. Jak ja mu zazdrościłem!.
Ja jestem jedynym posiadaczem w śród rówieśników otrzymanego od taty rowerka, tym samym wokół mnie skupiają się rówieśnicy. Gdy rodzice byli poza domem, pomimo oporu służącej-uległa moim prośbom, zniosła rowerek z pierwszego piętra, ja podpierając się wszelkimi sposobami dosiadłem rowerka. Trzymając się ściany ćwiczyłem utrzymanie równowagi.
Tak zapoznawałem się z możliwościami i radościami jakie przynosi posiadanie dwóch kółek. Pewnego dnia jest już po godzinie policyjnej a mama nie wraca od dziadków. Zaniepokojeni słyszymy pukanie do drzwi, sąsiad mieszkający na parterze z oknami wychodzącymi na ulicę usłyszał błagający głos mamy proszący, by Niemiec ją puścił, tata ryzykując wyszedł na zewnątrz. Nie wiem, jakich argumentów użył tata? Spowodowały jednak szczęśliwy powrót taty z mamą do domu.
Tata znajduje pracę w przejętej przez Niemców fabryce mydła Schicht przy ul. Szwedzkiej na Pradze, mama ze mną często przyjeżdża po tatę pod pracę, bywało, że po pracy koledzy spotykali się w sąsiadujący barze, mnie najbardziej w tym czasie interesował grajek na akordeonie naciskający nogami miech.
Do domu z uwagi na łapanki tata przyjeżdża raz, lub dwa razy w tygodniu. Podczas jednego pobytu w domu na nasze podwórko wkraczają Niemcy, wywlekają wszystkich dorosłych mężczyzn z mieszkań  a następnie uprowadzają, mama każe mnie wsiadać na rowerek i jechać do fabryki by uprosić zwolnienie taty, może się uda, że pracuje w fabryce dla Niemców. Miałem do pokonania niemałą odległość. Wracając do domu, tuż przy ul. Wiatracznej napotykam na pędzoną przez Niemców grupę mężczyzn, z której donośny głos dociera do moich uszu, Elek, Elek, ojca zwolnili – osobą tą był nasz sąsiad z parteru o tym samym imieniu co moje.
Co jakiś czas dla bezpieczeństwa z mamą odwiedzaliśmy tatę w miejscu pracy. By zachować bezpieczeństwo wsiadaliśmy do kolejki wąskotorowej (ciuchci), która docierała z ładunkami do samej fabryki. Gdy kolejka zbliżała się do mostu Poniatowskiego, a następnie Kierbedzia wciskaliśmy się na podłogę między siedzeniami by nie dostrzegli nas snajperzy z mostów.
Z okna mieszkania dziadków, z racji braku zabudowań, widać było otwartą przestrzeń, mieliśmy przed oczyma widok na ginącą w ogniu Warszawę. Pozostali w niej babcia Grabowska z synem Jerzym, bratem mego taty.
Bywało że pozostawałem u dziadków na dłużej, czasami odwiedzał nas po zmroku wujek, Michał Korsak-Zalewski oficer Wojska Polskiego, syn pułkownika pochodzącego z Kresów, z ziemiańskiej rodziny, mąż siostry mojej mamy, ukrywał się by uniknąć aresztowania. Miałem zakaz by gdziekolwiek o nim wspominać. W niedługim czasie został zatrzymany i wywieziony do Offlagu Sachsenhausen z nr. 24916. Jego dwie ciotki dobrze władające językiem francuskim, wychowywały go po stracie rodziców, pozostawały z siostrą mojej mamy.
W 1942 roku idę do I-ej klasy, wychowawcą moim był Pan Syropolski, szkoła znajduje niewielkie pomieszczenie w budynku mieszkalnym na parterze przy Al. Waszyngtona, każdego dnia do pokonania kilka kilometrów, początkowo z mamą, ale wielokrotnie samotnie odbywałem ten spacer.

Opowiadałem w klasie, o wydarzeniu które w tamtych czasach nie było rzadkością, a którego ja stałem się przypadkowym uczestnikiem. Wzbudzało sensację, musiałem je wielokrotnie opowiadać. Otóż wieczorami często chodziłem bawić się do Bogdana(piętro wyżej), syna właścicieli budynku. Któregoś dnia usłyszeliśmy energiczne pukanie do drzwi, wtargnęło trzech uzbrojonych mężczyzn nakazujących wszystkim obecnym położenie się na podłodze. Nieopisany lęk w tym momencie spowodował, że starałem się w niezauważalny sposób leżąc na podłodze przesunąć za nogę stołu w przekonaniu, że nie dosięgnie mnie tam żadna kula.
Bandyci, po splądrowaniu i zagarnięciu wartościowszych przedmiotów, opuścili mieszkanie.
Do II-gej i III-ciej klasy miałem bliżej, szkoła mieściła się w budynku przy ul. Kordeckiego w pobliżu miejsca zamieszkania.

Warszawa prawobrzeżna – wyzwolona.
Pierwsze dni wolności.

Niekończące się oczekiwanie na wyzwolenie, uwięzieni z nadzieją przeżycia w piwnicach z resztkami pokarmu, przy każdym nalocie modlący się prosząc o życie. Po nadejściu dnia, gdy było tylko trochę spokojniej, wychodziliśmy by zaczerpnąć świeżego powietrza. Pewnego dnia w środek naszego podwórka uderzyła bomba, nikt nie został ranny, w oknach wyleciały szyby, a cała zawartość szamba udekorowała budynek.
Nadspodziewanie spokojna noc, wczesny poranek, wyglądamy z za metalowej bramy na ulicę, oczom naszym ukazuje się niecodzienny widok. Przy pobliskim kościele stoją samochody i armaty, a wokół poruszające się dziwnie ubrani żołnierze, na ich głowach czapki z wystającym rogiem.po wyzwoleniu autor w Warszawie Marszałkowska róg Wilczej
W naszym dwu piętrowym budynku, w jego piwnicach kwaterowali żołnierze, Polacy. Każdego ranka o świcie wyruszali nad Wisłę, postrzelali i wracali z powrotem, taka sytuacja trwała długi okres czasu. My natomiast (kilku chłopców) wyruszaliśmy każdego ranka na poszukiwanie uszkodzonej broni i prochu z rozbrojonych pocisków, niezbędnego do zabawy. Jedna z tych wypraw miała tragiczne następstwa. Tego tragicznego dnia mnie wśród kolegów nie było, zginęło natomiast trzech kolegów, wśród nich był Bogdan, o którym wcześniej wspomniałem. Wśród starszych wiekiem kolegów bywało, że za posiadanie broni ponosili odpowiedzialność karną.
Drugiego, najdalej trzeciego dnia po wyzwoleniu lewobrzeżnej Warszawy, tata postanawia wyruszyć w celu uzyskania jakiejkolwiek informacji o losach babci i brata, na tą wyprawę zabiera mnie z sobą.
Wyruszamy z tatą rankiem (temp. kilkanaście stopni poniżej zera). Z Pl. Szembeka jedziemy rowerem, ja na ramie, dotarliśmy do nadbrzeża Wisły. Zebrana duża grupa osób przekonuje żołnierzy strzegących przejścia na drugi brzeg, że celem naszym jest jedynie uzyskanie choćby najmniejszej informacji o najbliższych. Byli dalecy od ustąpienia. Nastąpił decydujący moment, gdy powiększająca się o coraz to nowych przybyszy grupa, rusza całą szerokością do przodu. Żołnierzom udało się zatrzymać niewiele osób. Skuta lodem wraz z korytem rzeka ułatwiała przedostanie się na drugi brzeg.
Zastajemy pobojowisko, dookoła leżące ciała niemieckich żołnierzy, porzucona broń, okopy niemieckie wyposażone w poduszki, kołdry i pierzyny, radia i niezbędne sprzęty użytku codziennego. Przemarznięci, bez ciepłej strawy zmierzamy idąc z rowerem utrudniającym swobodne poruszanie się po gruzowisku w kierunku ul. Ogrodowej, miejsca zamieszkania babci, rzadko napotykając wśród otaczających nas ruin, podobnych do nas, niesamowite uczucie, jestem wystraszony, w głowie chaos i niepokój, jak wrócimy, czy nie zabłądzimy, opuszczone miasto, wokół fragmenty budynków, które jeszcze tak niedawno były miejscem życia wielu rodzin. Uspakaja mnie obecność taty. Odnajdujemy ul. Ogrodową oraz co pozostało po miejscu zamieszkania babci. Na pozostałych fragmentach ścian wśród wielu informacji pisanych cegłą lub na wywieszonych kartkach nie odnajdujemy tej przez nas oczekiwanej.
Zbliża się zmierzch, wracamy do miejsca w którym przekraczaliśmy Wisłę, licząc na powrót tą samą drogą do domu, była najkrótsza. Jesteśmy sami. Nie ma zgromadzonych osób. Patrolujący żołnierze mimo prośby taty, że jest z dzieckiem nie ustąpili. Oceniam z perspektywy minionego czasu, że moje uczestnictwo w tej wyprawie, miało w jakimś sensie zagwarantować bezpieczeństwo w podobnych przypadkach, tym razem zawiodło. Wędrujemy brzegiem Wisły w kierunku Siekierek, jest już ciemno, siarczysty mróz, śnieg skrzypi pod nogami, napotykamy pojedynczy patrol. Tym razem udało się. Po całym dniu wracamy do domu przemarznięci, jestem w objęciach uradowanej mamy.
Zdjęcie butów, rękawiczek sprawiało ból. Odmrożone mam stopy i dłonie, pamiątki po tych dniach na dłoniach pozostawiły trwałe ślady.

Powroty

Z tułaczki powraca transportem z obozu jenieckiego wujek Leon, oczekuję go z babcią na Dworcu Głównym w Warszawie.
Z obozu z Niemiec powraca bez palców u stup okaleczona też bliska, osierocona kuzynka Irena. Powraca także babcia Grabowska i zamieszkuje z nami w jednopokojowym mieszkaniu na Pl. Szembeka.
Wkrótce, tata z mamą decydują się na tymczasowy wyjazd do Legnicy, zabierając z sobą kuzynkę Irenę i wujka Leona. Mnie z moim o dziesięć lat młodszym bratem pozostawiają pod opieką babci Grabowskiej w Warszawie. Klasę czwartą ukończyłem w szkole przy ul. Krypskiej.
Na wakacje jadę w samodzielną podróż do Legnicy, do mamy i taty.
Gdyby tata wiedział, że to będzie Jego ostatnia podróż ..

 

 

 

Część II

LEGNICA   1947 rok.       

                                                                                              
Radosne wakacje spędzone z rodzicami, nieznane miasto, Ziemie Odzyskane, rówieśnicy mówiący z różnym akcentem. Samodzielna jazda motocyklem zakupionym dla mnie przez ojca, wzbudzająca podziw u przechodniów. Ćwiczeniówka. W piwnicach znalezione fosforyzujące przedmioty; fiolki napełnione eterem odnalezione na strychu, które rozgniataliśmy na mszy w kościele.  W klasie nowe koleżanki i nowi koledzy, nowi nauczyciele i wychowawcy. Język Polski, nie pamiętam nazwiska wymagającej nauczycielki z oddaniem wykonującej swój zawód, pamiętam natomiast do dnia dzisiejszego fragmenty Pana Tadeusza wkuwane na pamięć. Pamiętam również kilka zdań wkutych w języku francuskim. Botanika, nie pamiętam nazwiska nauczyciela, przez nas nazywanego Perkozem. Zajęcia z fizyki były moją ulubioną lekcją, wywołany do odpowiedzi, potrafiłem coś sensownego wydukać , nazwiska nauczyciela także nie pamiętam, pełnił funkcję dyrektora lub zastępcy. Pamiętam dobrze Księdza, zwracającego się do mnie - Eligiusz, Eligiusz takie masz ładne imię, a taki urwis z ciebie. Koleżanki: Krysia Całus, z którą po raz pierwszy w życiu tańczyłem krakowiaka w auli, obecnie się dzisiaj w niej spotykamy; siostry Szaroty, Krysię Koszyl ? była moją sympatią bez wzajemności, kolegów - Janusza Kornatowskiego, Waldka Świrkowskiego, Janusza Bojara, z którym razem rozrabialiśmy, Jasia Sypniewskiego i wielu innych.  Później praca, 15 ? latek, o godz. 5 rano, zmierza ze spuszczoną głową w szarość poranka i wśród spieszących się postaci, z rozterkami pulsującymi intensywnie w głowie, nie mogąc nadążyć za szybko następującymi po sobie zdarzeniami, spieszy do pracy w Legnickich Zakładach Włókienniczych.
Zszywanie maszynowo kartonów, warsztat ślusarski, następnie praca jako tokarz. warsztat ślusarski, majstrem jest uprawiający sport motocyklowe, posiadający „NORTONA”, mamy podobne zainteresowania, w pracy on często poświęca czas by poprawić osiągi swojej maszyny dotaczając nowe tłoki, ja natomiast doświadczam w pracy by lepiej opanować obsługę tokarni t.z. „rewolwerówki”
Wykorzystując możliwość korzystania z narzędzi wpadłem na pomysł by w swoim rowerze wymienić ciężkie hamulce metalowe na aluminiowe.  W budynku w którym zamieszkiwałem funkcjonowała odlewnia metali, Właścicielem był Pan Winiarek, rodzina pochodząca z Warszawy, kolegowałem się z jego synem Zbyszkiem, był moim rówieśnikiem. Ułatwioną miałem możliwość uzyskania odlewy szczęk hamulców aluminiowych, i po obróbce w warsztacie korzystałem z nich w swoim rowerze.
W latach 70-tych z rodziną Państwa Winiarków utrzymywaliśmy kontakty towarzyskie w Warszawie.
Wypełniając najczęściej wolny czas po pracy jazdą na rowerze, doznawałem uczucia wolności i niezależności, jednocześnie przenosiłem się w krainę marzeń.
Nie pamiętam w jaki sposób stałem się posiadaczem niewielkie książeczki „Kolarstwo Wyczynowe” autorstwa Franciszka Szymczyka naszego olimpijczyka
Było to dla mnie vademekum  kolarstwa: higiena, trening, pozycja kolarza. Tak niewiele upłynęło czasu bym osobiście mógł poznać p. F*ranciszka Szymczyka osobiście. Zapisałem się do Klubu Sportowego ?Włókniarz? i z grupą pasjonatów roweru odbywałem wycieczki turystyczno ? krajoznawcze po malowniczych, pięknych okolicach Legnicy, z niezniszczonymi murowanymi zabudowaniami pokrytymi czerwoną dachówką, jeżdziliśmy drogami asfaltowymi, z poboczami rosnących drzew, udekorowanych kwitnącym kwiatem owocowym.
Wycieczki rowerowe z biegiem czasu stawały się moim hazardem, w pokonywaniu coraz dłuższych dystansów: Złotoryja, Jelenia Góra, Karpacz, Szklarska Poręba, Jawor, Wałbrzych, Bolesławiec, Wrocław.
Przemieszczając się po autostradzie z kolegami, samochód jadący był rzadkością,   nasłuchiwaliśmy, czy nie słychać odgłosów nadjeżdżających Zisów. Powód był jeden, trzeba zdążyć zboczyć w pole,  chroniąc się przed utratą swoich rumaków.
Przechodząc, lub jadąc rowerem  przed Urzędem Bezpieczeństwa Publicznego, zwracał moją uwagę stojący tam wysokiej klasy rower wyścigowy, błyszczący, w srebrnym kolorze, chromowanymi końcówkami włoskiej firmy „BENETTO”. Miałem nadzieję, że uda mi się kiedyś zobaczyć zawodnika, właściciela tak okazałego sprzętu. Owszem, pewnego dnia zobaczyłem osobnika, swoją sylwetką raczej nie przypominał sportowca.
            Dwaj bracia pochodzący z Zduńskiej Woli, członkowie naszej sekcji kolarskiej,  zaproponowali wycieczkę rowerową do Łodzi by zobaczyć jak wygląda tor kolarski. Z uwagi na znaczącą odległość w sześcio-osobowej grupie wyruszyliśmy o godz. 18 po zachodzie słońca. Do Zduńskiej Woli dotarliśmy nad ranem. Odpoczynek jednodniowy u rodziny pomysłodawców przydał się bardzo. Następnego dnia udaliśmy sie do Łódzkiego Klubu Sportowego Włókniarz, przyjęto nas, można powiedzieć uroczyście. Tor kolarski położony w parkowej dzielnicy Helenów i odbywające się na nim zawody z udziałem największych sław polskiego torowego kolarstwa: Pietrszewski, Borucz,  Marchwiński, Janicki  Teofil Sałyga -  rekordzista świata, Jerzy Bek, Kupczak - wielokrotni mistrzowie Polski na różnych dystansach.
Upłynęło zaledwie 4 lata a ja stałem się ulubieńcem tamtejszej publiczności i równorzędnym partnerem w rywalizacji sportowej z tak niedawno oklaskiwanymi przeze mnie mistrzami.


Odbywały się uroczystości rocznicowe z tej okazji zorganizowano w  Legnicy pierwszy uliczny wyścig kolarski dla niezrzeszonych zawodników, był pierwszym moim startem. Był również sprawdzianem kondycji i moich umiejętności. Nie posiadając żadnych atrybutów kolarskich poza rowerem, by trochę upodobnić się do kolarza cichaczem sięgnąłem do szafy po mamy skórkowe rękawiczki skracając je o długość palców. Wyścig ukończyłem na drugim miejscu,  za p. Strzeleckim-budowniczym mojej ramy rowerowej z rurek uzyskanych na pobojowisku lotniska położonego w Legnicy,  wzbudziło to zdziwienie u zawodników posiadających licencje i obserwatorów wyścigu przybyłych z innych miast. W śród nich byli: Jankowski były reprezentant Polski, Józef Grundman, Krzysztof Jamroz. 

 

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                     W niedługim czasie wystartowałem w wyścigu szosowym w Wrocławiu z nie najgorszym powodzeniem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Powrót do Warszawy

            Zamieszkałem u dziadków w mieszkanku około 30 m2 na Grochowie, Sypiałem w kuchni na kozetce, wc. na miejscu, brak łazienki, po treningu kąpiel w miednicy, babcia kochana piorąca po treningach i zawodach mój  pseudo kolarski strój wielokrotnie nieprawdopodobnie zabłocony. Pokonuje wszystkie te trudności, troszczy się o mnie, dogadza mnie na ile pozwalają warunki w codziennym jadłospisie.
Ponownie nowi koledzy, ale tęsknota za Warszawą spełniona!
CDN.

Media Społecznościowe

Komentarze (0)

Skomentuj

Komentujesz jako Gość.

Rejestracja na rajdy rowerowe (kliknij w link poniżej)

There are no events in the selected category

Polub nasz profil, żeby niczego nie przegapić ;)